Krym

Na początek warto zorientować się, gdzie w ogóle Krym leży. Wiele osób o to pyta 🙂

Zanim dotarliśmy na Krym, zwiedzaliśmy Lwów. Stamtąd udaliśmy się pociągiem do Kijowa. W obu tych miastach stołowaliśmy się w Puzatej Chacie. Bardzo dobre, tanie jedzenie lokalne i międzynarodowe. Sieciówka na Ukrainie, ale każdy lokal inaczej (bardzo fajnie) urządzony. Bezpośrednio z Kijowa nocnym pociągiem wyruszyliśmy do Symferopolu (przez niektórych z grupy ochrzczonego jako Smerfopol 😉 Pomijając fakt, że spędziliśmy tam kilka godzin w oczekiwaniu na autokar popijając piwo Obolon za 10 hrywien (około 3,5 zł), mieliśmy szansę spróbować lokalnego przysmaku: czeburieka za oszałamiająca kwotę 6 hrywien. Czeburiek jest na Krymie powszechnie znanym fast-foodem. Jest to rodzaj dużego pieroga nafaszerowanego baraniną z cebulą i smażonego w głębokim oleju. Polecam jeść tylko tam, gdzie robią go na Waszych oczach. Zdecydowanie nie powinniśmy kupować tego przysmaku od babuszek na peronach i sprzedawców na plaży. Wieczorem dotarliśmy do naszej bazy w małej mieścinie pod Eupatorią Zaozierne. Dwa pensjonaty należące do niejakiego Koli (albo jego rodziny). Jeden w kolorze błękitno-białym, a drugi – w którym mieszkaliśmy – w kolorze wściekło-różowym :). Stąd mieliśmy mieć co drugi dzień wycieczki w różne miejsca na Krymie.

Dzień 2

Drugi dzień upłynął pod znakiem zwiedzania Eupatorii. Dojazd do centrum zapewniają jeżdżące co kilka minut marszrutki – niewielkie (zazwyczaj żółte) autobusy, których kierowcy bardziej niż na drogę zwracają uwagę na to czy każdy kto wsiadł zapłacił za przejazd. Podróż marszrutką zawsze była niewiadomą. Ponieważ mieszkaliśmy na peryferiach przystanki były umowne. Trzeba było poczekać, aż bus będzie jechał i zatrzymać go na żądanie. W tym momencie kierowca ocenia kto chce wsiąść i czy opłaca mu się zatrzymywać. Tak zdarzyło się, że kierowca pokazał na zegarek, że nie ma czasu i pojechał bez zatrzymania. 🙂 Ale wracając do Eupatorii… zwiedzanie rozpoczęliśmy spacerem od dworca kolejowego na północ w stronę morza. Następnie idąc ulicą Lenina dotarliśmy na plac teatralny. Stąd udaliśmy się nadmorską promenadą do meczetu Dżuma Dżami. Zwiedzanie mieliśmy z panią przewodnik. Po instruktażu jak należy się zachowywać i czego nie wolno robić, pani przewodniczka roztaczała przed nami we wnętrzu meczetu uroki muzułmanizmu. Kolejnym punktem naszej wycieczki była starówka Eupatorii. Zupełnie różna od znanych powszechnie starówek. Jest to miejsce szeroko omijane przez chcących osiedlić się na Krymie. Wiąże się to z historią miasta, do którego na siłę byli sprowadzani ludzie, aby zasiedlić tę okolicę. Możemy zapomnieć tu o reprezentacyjnych kamieniczkach, zadbanych zabytkach. Wszędzie widać biedę, brud i wszechobecne żółte rury z gazem. Przechodziliśmy obok domu, w którym podczas swojego pobytu na Krymie zatrzymał się na 2 dni Adam Mickiewicz. Ostatnim punktem starówki były Kenesy Karaimskie (miejsce zebrań modlitewnych). Na koniec dnia dotarliśmy na bazar przy ulicy Internacionalnej. Na zakupy wrócimy tu jeszcze innego dnia. Jednak przewodnik zachęcił grupę, aby poszła do restauracji tatarskiej na tyłach bazaru spróbować lokalnego przysmaku jakim jest samsa. Rodzaj bułki z nadzieniem z baraniny, oryginalnie wypiekana w glinianych piecach. Zachęceni opowieściami poszliśmy we dwójkę szukać sławnej restauracji. Poszliśmy więc we wskazanym kierunku, przechodząc obok bazarowego dystrybutora wody, w którym się ktoś mył, obok bezwstydnej parki psów, obok odjeżdżającego ostatniego samochodu i żadnej restauracji nie znaleźliśmy. Naszą uwagę przykuł jednak nieczynny dystrybutor piwa stojący nieopodal. Na drzwiach napis “Otwarte”, więc weszliśmy. W środku 2 stoliki, 4 krzesła, 2 lodówki z piwem i lada, za którą stała młoda “styrana” życiem dziewczyna. Sprawdziliśmy “menu” – jest samsa! Poprosiliśmy o dwie, a dziewczyna odpowiedziała: “samsa to na zewnątrz” i wskazała nam przejście przez kuchnię restauracji… Gdy znaleźliśmy się na zapleczu mimo wysokiej temperatury poczuliśmy dodatkowy przypływ ciepła w momencie, gdy wszyscy “tubylcy” (w większości spoceni Ukraińcy) zbadali nas wzrokiem. Ale my twardo podeszliśmy do stoiska z samsą i zamówiłem 2 sztuki. Jakież było zdziwienie i drobne zdenerwowanie pana sprzedającego, gdy za dwie samsy (16 hrywien) chciałem zapłacić banknotem 100 hrywien (około 33 złotych). Ale zobaczył, że my nie miejscowi wydał pieniądze i w jakże obco brzmiącym języku urkaińskim coś się nas zapytał. My oczywiście zrobiliśmy miny głupków, więc postanowił użyć języka uniwersalnego i zadał nam (już kultowe) pytanie: Tam, mniam mniam?? No, ale było warto! Jedzenie po prostu boskie. Polecamy! Wieczorem czekała nas jeszcze Impreza owocowa, gdzie próbowaliśmy arbuzów, melonów i lokalnego wina. Jako amator tych owoców nie muszę mówić, że były pyszne. W trakcie pobytu na Krymie co chwila można było zobaczyć przy polach stoiska ze świeżymi owocami w cenie 2 hrywny ( koło 70 gr) za kilogram.

Dzień 3

Jedziemy na Tarchankut – najbardziej wysunięty na zachód fragment Krymu. Zatrzymaliśmy się nieopodal stacji radarowej. Roztaczały się stąd piękne widoki na tamtejsze klify. W programie dnia dzisiejszego obiecane mieliśmy plażowanie. To jednak nastąpiło po 1,5 godzinnym spacerze stepem przy palącym słońcu. Ale czego się nie robi, żeby wylądować na kamiennej plaży z przejrzystą wodą, kolorowymi rybami i… dziesiątkami pływających tam meduz. Na szczęście nie parzyły. W drodze powrotnej zaopatrzyliśmy się w dwie buteleczki lokalnego wina – piłem je potem sam, bo smakowało winogronami 🙂

Dzień 4

Upłynął pod znakiem lenistwa i piwa. Na drugie śniadanie poszliśmy do baru obok plaży. Jadłem tam najlepsze do tej pory pielmieni (malutkie uszka faszerowane delikatną baraniną i gotowane w bulionie). Wieczorem poszliśmy na Majak (ros. latarnia morska) zjeść kolejne krymskie specjały. Tym razem pod ostrzał i naszą subiektywną ocenę poszły: solianka (treściwa zupa), lagman (zupo-danie z wołowiną warzywami i makaronem), płow (ryż z mięsem i dodatkiem warzyw) no i rzecz, której było na Krymie pełno na każdym rogu – kwas chlebowy.

Dzień 5
Ruszyliśmy na wycieczkę na południe Krymu. Naszym celem była Jałta i okolice.
Na pierwszy strzał poszedł słynny pałac Potockich w Liwadii, gdzie swoja rezydencję miał ostatni car Rosji Mikołaj II Romanow. Tutaj także w 1945 roku odbyła się konferencja jałtańska z udziałem tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Churchill i Roosevelt). Mieliśmy okazję zobaczyć zarówno sale konferencyjne, jak i prywatne pokoje carskiej rodziny z zachowanymi rzeczami osobistymi (fortepian, zdjęcia). Pałac jest pięknie położony – na skarpie wśród bujnej roślinności, a z okien widać panoramę morza czarnego. Jadąc na zachód od pałacu dotarliśmy do miejscowości Nikita, gdzie znajduje się piękny ogród botaniczny. Pełen dla nas niespotykanych i egzotycznych roślin o różnych kształtach i rozmiarach. Szczególnie zapadło mi w pamięć drzewo nazywane bezwstydnicą, które co jakiś czas zrzuca z siebie czerwoną korę – jakby rozbiera się. Bardzo ładne są też Polana Słoneczna, przy której ludzie robią sobie zdjęcia z wielkim drzewem tuż obok tabliczki “Zakaz wchodzenia na trawę”, oraz trzy połączone ze sobą jeziorka, do których (jak w wielu miejscach na Krymie) można wrzucić monetę wypowiadając życzenie. Oczywiście trzeba ją rzucić prawą ręką przez lewy bark… Podobno woda w jeziorku z monetami jest tak zimna, że ludzie nie wchodzą żeby je wyzbierać z dna. Nie próbowałem, więc nie mogę potwierdzić. Spacer po ogrodzie zakończył się w miejscowości Ałupka przy – leżącym u podnóża góry Aj-Pietri – Pałacu Woroncowa. Fundator kazał tak zaprojektować pałac, aby od strony północno-wschodniej fasada była w stylu angielskim, natomiast od południowej w stylu indyjskim. Wejścia od strony południowej “strzegą” rzeźby czterech lwów. Ten śpiący został wykonany przez słynnego włoskiego rzeźbiarza Francesco Bonanni’ego. Spod pałacu zeszliśmy nad morze, gdzie czekał nas rejs statkiem wzdłuż wybrzeża. Teraz mogliśmy spojrzeć na odwiedzone miejsca od strony morza. Przy okazji mogliśmy z bliska przyjrzeć się symbolowi Jałty tzw. jaskółczemu gniazdu. Malutki zameczek w stylu neogotyckim zbudowany w 1914 roku przez A. Szerwuda. Mimo swojego nietypowego położenia budynek przetrwał jałtańskie trzęsienie ziemi (9 w skali Richtera) w 1927 roku. Dziś znajduje się tam kawiarnia, jednak nikt nie namówiłby mnie żeby tam się napić herbaty 🙂 Rejs zakończył się przy miejskiej plaży w Jałcie. Mieliśmy trochę czasu wolnego, więc coś zjedliśmy i poszliśmy szukać poczty. Tak, szukać, bo poczty na Ukrainie znajdują się tylko w większych miastach i zazwyczaj jest to tylko jeden urząd. Tak samo jest ze skrzynkami pocztowymi – są tylko w urzędach! Przez cały pobyt nie udało nam się znaleźć ani jednej stojącej tak po prostu na ulicy. Poczta znajdowała się przy placu Lenina. Tam też na samym środku pozostał (i pewnie pozostanie) wielki pomnik radzieckiego przywódcy.

Na koniec dnia przewodnik zaprowadziła nas jeszcze do cerwki Aleksandra Newskiego. Zbudowana wg projektu N. Krasnowa w ukończona w 1903 roku. Uważana jest ona za jedną z piękniejszych cerkwi na Krymie. Wycieczka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Na pewno na zawsze zostaną nam w pamięci widoki z Jałty. Tam czuje się jak w europejskim kurorcie. Brak jest rur gazowych, jest czysto, nie widać biedy no i jest oczywiście jest mnóstwo turystów.

Dzień 6

Kolejny dzień minął pod znakiem całodniowej wycieczki. Tym razem za cel zostały obrane wzgórze Dżemer
dżi i góra Czatyrdach
.

Demerdży (z tatarskiego “Kowal”) to masyw górski, gdzie znajduje się słynna w okolicy dolina przywidzeń. Po pierwszym krótkim, ale stromym odcinku część osób prawie się poddała. W drodze do tejże doliny widzieliśmy ważne dla Rosjan i Ukraińców miejsce. Był to kamień pod dużym drzewem, na którym kręcone były sceny do kultowych radzieckich filmów (o ile mnie pamięć nie myli to m.in. “Niewolnica miłości”). Ludzie na niego wchodzili i pozowali. Jak przyszła wycieczka to ustawiła się kolejka, żeby wejść na kamień. My przeszliśmy obok tego dość obojętnie. Dolina przywidzeń okazała się miejscem występowania dość oryginalnych skał. Każdy musi sam określić co mu się (przy)widzi patrząc na te fantazyjne formy skalne 🙂 Nie było żadnej mgły, nie krakały wrony, nie słychać było szumów, stuków, ani nie czuć było żadnych środków odurzających w powietrzu. Ja osobiście się trochę zawiodłem. Roztaczał się jednak stamtąd bardzo ładny widok na Ałusztę i Czatyrdah.

Właśnie Czatyrdah,a dokładnie jaskinia Emine-Bair-Chosar, w drodze na szczyt miała być główną atrakcją tego dnia. Przed wyprawą posililiśmy się w barze przy parkingu – tam piliśmy wyśmienitą zimną lemoniadę (polecamy! – w zielonej butelce z żółtą cytryną na etykiecie). Pierwszy etap podejścia, mimo, że stromy był dość przyjemny, bo szliśmy w cieniu drzew. Kryzys przyszedł, gdy weszliśmy wyżej, gdzie z nieba lał się żar. Przystanki były coraz częstsze i coraz dłuższe. Narzucone tempo było bardzo szybkie. Nie mogliśmy w pełni nacieszyć się widokami, ciągle tylko trzeba było patrzeć pod nogi i uważać, żeby się nie wyrżnąć. Najwyższy punkt w drodze do jaskini był położony na wysokości 1109 m.n.p.m. Sama jaskinia jest położona na wysokości 985 m.n.p.m. Panuje w niej stała temperatura 7 stopni Celsjusza. Jest o tyle ciekawa, że znaleziono w niej m. in. szczątki mamuta (sic!). Podobno miliony lat temu na Krymie był lodowiec. Mamut wpadł do jaskini przez otwór. Przed wejściem nikt nas nie poinformował, że za fotografowanie trzeba płacić, a nikomu się nie spieszyło, żeby przewodnikowi dawać w łapę. Stąd też pamiątkowe tylko jedno, kiepskie zdjęcie wlotu do jaskini. Mnie jaskinia bardzo przypadła do gustu. Chętnie spędziłbym tam pół dnia fotografując w spokoju wnętrze. Jedni w górach lubią wchodzić, a inni z schodzić. Ja zdecydowanie wybieram pierwszą opcję. Droga powrotna to jakaś masakra była. Ale szczęśliwie cała wycieczka dotarła do autokaru.

Dzień 7

Jeden z niewielu dni, kiedy mogliśmy naprawdę odpocząć na plaży. Po południu pojechaliśmy do Eupatorii zrobić zakupy i pochodzić po bazarze. Kupiliśmy kultowe orzechy i owoce w miodzie (mnóstwo stoisk z mieszankami tego specjału) – fajny, aromatyczny dodatek do potraw (z tego co zrozumiałem najlepszy do pieczonych mięs). Nie przeszliśmy obojętnie również obok stoiska z kolorowymi przyprawami. Sprzedawczyni dokładnie wyjaśniała nam, który zestaw stosuje się do danego rodzaju mięsa. Przy okazji rozmowy wyszło, że Pani zna przewodników z naszego biura podróży. Spacerując po alejkach bazaru trafiliśmy na stoisko ze słodyczami. Znaleźliśmy popularny krymski słodycz – pachławę. Bardzo słodkie ciasteczko smażone na oleju lub maśle w polewie orzechowo-miodowej. Tak, nazwa do złudzenia przypomina turecką baklawę. W smaku również podobne, chociaż osobiście wolę baklawę. Tego dnia również odwiedziliśmy restaurację tatarską i zjedliśmy samsy oraz pierwszy raz manty – gotowane na parze pierogi podane z masłem i świeżą natką pietruszki. Do tego piwo. Ledwo wyszliśmy o własnych siłach 🙂 Kupiliśmy jeszcze trochę owoców i warzyw. Weszliśmy jeszcze na szybkie zakupy do marketu (Fresz) nieopodal bazaru. Bardzo dobrze zaopatrzony i tani. Z marketu szczególnie polecamy chipsy kurkowe firmy Luks oraz oczywiście super przekąski do piwa jak: suszone kalmary, wędzony łosoś i dla amatorów naprawdę słonych smaków rybki anchois. Wieczorem mieliśmy zaplanowaną imprezę Ukraińską. A tam były takie smakołyki jak lokalna wódka, na zagrychę marynowana na kilka sposobów słonina ( m. in. w papryce i w ziołach), morskie wodorosty, przekąski do piwa (snacki i kalmary). Wszystko przy dźwiękach muzyki ukraińskiej (niestety nie na żywo :/ )

Dzień 8

Dziś mamy do w planach dwa miejsca. Pierwsze to Bakczysaraj. Temperatura biła wszelkie rekordy, a nasze organizmy żyły jeszcze wczorajszą imprezą. Na miejscu przywitał nas bardzo sympatyczny przewodnik. Chyba tylko dzięki jego mobilizacji grupa dała radę podejść do skalnego miasta Czufut-Kale. Oryginalnie położonej twierdzy z wykutymi w skałach pomieszczeniami mieszkalnymi.
Wracając przechodzi się przez kompleks klasztorny. Na straganie mnich handluje lokalnymi specyfikami: woskiem, olejkami zapachowymi, herbatą oraz pamiątkami. Można też napić się wody ze źródła, ale na własną odpowiedzialność, bo to nie nasza flora bakteryjna. Można również wejść do cerkwi. Na dole czekał na nas zamówiony wcześniej obiad. Z karty wybraliśmy manty oraz (z nowości) surmę (ryżowe gołąbki zawinięte w liście winogron). O ile manty była naprawdę dobre, to gołąbki muszę zdecydowanie odradzić. Znacznie lepsze można kupić w puszcze na zimno (dostępne w Polsce). Następnym punktem w Bakczysaraju był Pałac Chanów krymskich. Wybudowany w XVI wieku na rozkaz chana Sahiba I Gireja. Na cały kompleks składają się Meczet Chan-Dżami, pałac główny, wieża Sokoła, cmentarz chanów, harem oraz ogrody perskie. Mieliśmy okazję zobaczyć letnią altanę, harem, mały meczet chanów (coś na wzór kaplicy) oraz dziedziniec fontann ze słynną fontanną łez, która miała jakoby wyrażać ból chana Krym-Gireja po stracie ukochanej Diljary. W 1824 roku Aleksander Puszkin opisał ją w swoim dziele Fontanna Bakczysaraju. Pisał również o niej Adam Mickiewicz w sonetach krymskich. Drugim celem naszej całodniowej wycieczki był Sewastopol. Niezwykłe miasto – większość udziałów i wpływów mają w nim władze rosyjskie. Mieszkańcom to jednak nie przeszkadza, gdyż 80% ludności ma pracę dzięki stacjonującej tam rosyjskiej flocie czarnomorskiej (zresztą ta jest powodem największej ilości gwałtów na Krymie). Ciekawymi miejscami w każdej dzielnicy są skwery z tablicami najbardziej zasłużonych (żyjących) mieszkańców danej dzielnicy. Zdjęcia wiszą pod błyszczącymi sierpem i młotem 🙂 Na początek mieliśmy wycieczkę małym stateczkiem po wspomnianej flocie czarnomorskiej. Z ciekawszych należy wymienić statek-szpital, niszczyciele ,łodzie podwodne (tych niestety nie udało nam się zobaczyć) oraz najsłynniejszy statek floty “Moskwa”. Mieliśmy też okazję zobaczyć miasto od strony morza. Po wycieczce zrobiliśmy sobie krótki spacer po nadmorskim bulwarze. Jest tam niesamowicie czysto. Podobno dlatego, że po parku chodzą staruszki i laskami i jak tylko zauważą, że robisz coś niestosownego (śmiecisz, trzymasz nogi na ławce), to od razu reagują i potrafią cię uderzyć. Tego dnia nie mogło się obyć bez ciągłych przerw na zimne picie i lody. Trzeba przyznać, ze pod tym względem mieszkańcy dbają o turystów. Na każdym kroku można kupić coś na ochłodę. Na koniec dnia pojechaliśmy do ruin greckiego miasta Chersonezu – antycznego miasta na Krymie – kolonii Miletu. W 988 r.n.e. książę ruski Włodzimierz I Wielki przyjął tu chrzest. Jest to symboliczny chrzest Rusi. Na terenie miasta można zobaczyć teatr antyczny, cerkiew oraz charakterystyczny dzwon. Znajduje się tu również założone przez polskiego archeologa Karola Kościuszkę-Waluszyńskiego muzeum historyczne. Mimo, że teren ten jest uważany za rezerwat, ludzie kupują parcele i budują tam domy, które psują cały klimat starożytności. Do Sewastopolu bardzo chętnie kiedyś bym wrócił na dłużej.

Dzień 9

Atrakcją tego dnia były kąpiele błotne. Jakieś 30 minut drogi autokarem od naszego hotelu, w miejscowości Sthormove znajdowały się lecznicze jeziora. Kąpiel de facto polegała na wyłowieniu sobie dobrej jakości błota (odpowiednio muliste i śmierdzące) – można było podpatrzeć miejscowych 🙂 Następnie należało wysmarować sobie błotem stawy i poczekać do wyschnięcia. W tym czasie oprócz otaczającego nieprzyjemnego zapachu, czuło się przyjemne rozgrzewanie stawów. Ta kąpiel jest niewskazana dla osób z chorobami serca. Zdecydowanie przyjemniejsza była kąpiel w drugim jeziorze. Znajdowała się tam glinka kosmetyczna (taka, z której zabiegi robi się w salonach kosmetycznych). I po raz kolejny trzeba było się wysilić, aby znaleźć odpowiedniej jakości glinę (tzn. bez mułu i piasku). Było to dość trudne, gdyż stopień zasolenia jeziora był ogromny. W tym jeziorze na pewno nikt się nie utopi 🙂 Całość wyglądała dosyć śmiesznie, gdyż z jednej strony drogi stali ludzie umazani w czarnym błocie, a z drugiej cali wysmarowani w glinie. Miejsce zdecydowanie godne polecenia!

Dzień 10

To już ostatni dzień na Krymie. Rano wyjazd z hotelu już z bagażami. Cel na dziś to Sudak i Nowy Świat.

Sudak jest pięknie położonym miastem. Otoczony z każdej strony przez góry. Na południowo zachodnich zboczach gór rozciągają się piękne winnice, a w zachodniej części miasta leży Twierdza Genueńska. Wybudowana na przełomie XIV i XV w. gdy miejscowość stanowiła faktorię genueńską. Obecnie to w zasadzie same mury z kilkunastoma basztami. Z jednej z nich można podziwiać miasto.

Z twierdzy cała wycieczka udała się marszrutką do kurortu Nowy Świat. Przez niektórych uważane za najpiękniejsze miejsce na Krymie. Gdyby nie liczba ludzi i turystyczny klimat, trudno byłoby się z tym nie zgodzić. W Nowym Świecie udaliśmy się ścieżką (szlakiem) Golicyna, będącą częścią rezerwatu przyrody. W czasie spaceru można oglądać ciekawe formy skalne, krystaliczną wodę, jaskinię z nietoperzami oraz salę, w której Golicyn przechowywał wina i raczył nimi swoich gości. Można również zrobić sobie przerwę na kąpiel na dzikiej plaży. Nowy Świat słynie również z produkcji win i szampanów. Nie mogliśmy więc nie odwiedzić lokalnego sklepu z tymi alkoholami. Nasz wybór padł na różowego półsłodkiego szampana NowoSwietskoje. Cena tego szampana w krajach UE to koło 70 euro, my kupiliśmy za 120 hrywien (koło 40 złotych). Po tym pełnym wrażeń dniu ruszyliśmy autokarem do Symferopolu, skąd pociąg zabrał nas do Odessy i tym samym nasza wyprawa po Krymie się skończyła.

Czy się opłacało i podobało na Krymie? Oczywiście, że tak. Nie mam wątpliwości, że kiedyś tam wrócimy.

3 thoughts on “Krym

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *