e-Deklaracje 5100 błąd 5100 eDeklaracje Adobe AIR

Witam,

może komuś sie przyda poniższa instrukcja. Ja stracilem na tym kilka godzin.

Jeśli podczas instalacji/aktualizacji programu e-Deklaracje będziesz miał błąd 5100 to spróbuj wykonać poniższe kroki:

  1. Zrób BACKUP danych aplikacji w starszej wersji (eksport danych)
  2. Odinstaluj Adobe AIR i e-Deklaracje z Panelu Sterowania
  3. Pobierz najnowszą wersje Adobe AIR (ze strony Adobe)  i e-Deklaracje Desktop (ze strony MF) do folderu “C:\temp”
  4. Zainstaluj Adobe AIR (jako Administrator)
  5. Uruchom powershell (jako Administrator)
  6. wpisz: cd C:\Temp
  7. Enter
  8. wpisz: .\e-DeklaracjeDesktop.air
  9. Enter
  10. Postępuj zgodnie z instrukcjami na ekranie
  11. Uruchom aplikacje i (opcjonalnie) zaimportuj dane z pliku z pkt 1

Windows Deployment Services (WDS) i Clonezilla

Post przeprowadzi Cię przez konfigurację PXELinux i Clonezilla 2.5.0 na już działającym serwerze z WDS 2012R2. W poście nie ma instrukcji konfiguracji WDS

Najważniejsza rzecz jest taka, że WDS działa u Ciebie poprawnie w firmie. Druga ważna rzecz: WYKONAJ BACKUP SERWERA z WDS!

Konfiguracja – PXELinux

  1. Download syslinux from https://www.kernel.org/pub/linux/utils/boot/syslinux/syslinux-5.10.zip
  2. Extract:
    1. core\pxelinux.0
    2. com32\menu\vesamenu.c32
    3. com32\chain\chain.c32
    4. ldlinux.c32
    5. libmenu.c32
    6. libcom32.c32
    7. libutil.c32

from the syslinux download and put it on your WDS server in $WDS-ROOT\Boot\x64\  (C:\RemoteInstall\Boot\x64 )

  1. In the C:\RemoteInstall\Boot\x64 folder rename 0 to pxelinux.com
  2. Create a folder named pxelinux.cfg (in the C:\RemoteInstall\Boot\x64 folder)
  3. In the pxelinux.cfg folder create a text file named default and add the following to it

DEFAULT      vesamenu.c32

PROMPT       0

NOESCAPE     0

ALLOWOPTIONS 0

# Timeout in units of 1/10 s

TIMEOUT 300

MENU MARGIN 10

MENU ROWS 16

MENU TABMSGROW 21

MENU TIMEOUTROW 26

MENU COLOR BORDER 30;44                    #20ffffff #00000000 none

MENU COLOR SCROLLBAR 30;44                             #20ffffff #00000000 none

MENU COLOR TITLE 0                   #ffffffff #00000000 none

MENU COLOR SEL   30;47                            #40000000 #20ffffff

MENU BACKGROUND MyMenuBackgroundPicture640x480.jpg

MENU TITLE PXE Boot Menu

#—

LABEL Windows Deployment Services 2012 R2

MENU LABEL Windows Deployment Services

KERNEL pxeboot.0

#—

LABEL Abort

MENU LABEL AbortPXE

Kernel abortpxe.0

#—

LABEL local

MENU DEFAULT

MENU LABEL Boot from Harddisk

LOCALBOOT 0

Type 0x80

  1. Make a copy of pxeboot.n12 and name it pxeboot.0
  2. make a copy from abortpxe.com and rename it to abortpxe.0
  3. Create a folder named Linux (in the C:\RemoteInstall\Boot\x64 folder)
  4. Take your WDS config from powershell:
    1. WDSUTIL /Get-Server /Show:Config > C:\Temp\wds_config.txt
  5. Use wdsutil command line tool:
    1. wdsutil /set-server /bootprogram:boot\x64\pxelinux.com /architecture:x64
    2. wdsutil /set-server /N12bootprogram:boot\x64\pxelinux.com /architecture:x64

Now when you pxe boot a machine you will get your custom boot menu

CLONEZILLA 2.5.0

  1. sciagnac clonezille ze strony www
  2. do folderu C:\RemoteInstall\Boot\x64\Linux\clonezilla250 wypakowac zip
  3. zmiany na IIS (serwer z WDS)
    1. dodac typ MIME : IIS configuration manager -> servername -> MIME types -> add -> file extension squashfs, type: text/plain
    2. utworzyc folder clonezilla250 w root IIS (np: C:\inetpub\wwwroot\clonezilla250)
    3. skopiowac plik filesystem.squashfs (z C:\RemoteInstall\Boot\x64\Linux\clonezilla250\live) do folderu C:\inetpub\wwwroot\clonezilla250
  4. modyfikacja pliku C:\RemoteInstall\Boot\x64\pxelinux.cfg\default (dodajemy sekcję dotyczaca clonezilli)

 

ALLOWOPTIONS 0

# Timeout in units of 1/10 s

TIMEOUT 300

MENU MARGIN 10

MENU ROWS 16

MENU TABMSGROW 21

MENU TIMEOUTROW 26

MENU COLOR BORDER 30;44                    #20ffffff #00000000 none

MENU COLOR SCROLLBAR 30;44                             #20ffffff #00000000 none

MENU COLOR TITLE 0                   #ffffffff #00000000 none

MENU COLOR SEL   30;47                            #40000000 #20ffffff

MENU BACKGROUND MyMenuBackgroundPicture640x480.jpg

MENU TITLE PXE Boot Menu

#—

LABEL wds

MENU LABEL Windows Deployment Services

KERNEL pxeboot.0

#—

LABEL Clonezilla 2.5.0

MENU LABEL Clonezilla 2.5.0

KERNEL /Linux/clonezilla250/live/vmlinuz

APPEND initrd=/Linux/clonezilla250/live/initrd.img boot=live username=user union=overlay components noswap noprompt vga=788 keyboard-layouts=en locales=en_US.UTF-8 fetch=http://your.wds.ip/clonezilla250/filesystem.squashfs

 #—

LABEL Abort

MENU LABEL AbortPXE

Kernel abortpxe.0

#—

LABEL local

MENU DEFAULT

MENU LABEL Boot from Harddisk

LOCALBOOT 0

Type 0x80

https na stronie z WordPress (debian + apache2)

Https na stronach internetowych to już standard. Certyfikaty SSL są coraz tańsze, ale wciąż domowi użytkownicy nie chcą wydawać pieniędzy na zabezpieczenie swoich blogów na WordPress. Istnieje dla nich alternatywa – projekt Let’s Encrypt (https://letsencrypt.org/). Oferuje on darmowe certyfikaty SSL wydawane na 90 dni z możliwością darmowej odnowy. Opiszę jak w stosunkowo prosty sposób skonfigurować stronę do obsługi protokołu https.

Zakładam, że jesteś administratorem swojego serwera www (apache2), masz dostęp do swojego Debiana przez SSH z uprawnieniami root’a, masz juz uruchomioną stronę na WordPress i … wykonałeś kopię zapasową serwera.

  1. Włączamy na serwerze obsługe SSL:
    • sudo a2enmod ssl
  2. Restartujemy apache:
    • service apache restart
  3. Instalujemy klienta Certbot (https://certbot.eff.org/) (rekomendowany na Let’s Encrypt). Na stronie Certbot znajduje się dokładna dokumentacja – ja wykorzystałem fragmenty)
    • wget https://dl.eff.org/certbot-auto
    • chmod a+x certbot-auto
  4. Teraz można wybrać w pełni zautomatyzowany proces instalacji na naszym serwerze www (włacznie z modyfikacją konfiguracji apache) lub pobrać tylko certyfikaty dla wybranych domen i dokończyć konfigurację ręcznie. Ja zalecam opcję drugą.
    • ./certbot-auto –apache certonly
    • 1 2 3 4 56
  5. edytujemy plik /etc/apache2/sites-enabled/twoja.domena.conf
    • <VirtualHost *:80>
      ServerName twoja.domena 
      Redirect permanent / https://twoja.domena/
      </VirtualHost><VirtualHost *:443>
      ServerAdmin admin@twoja.domena
      ServerName twoja.domena
      DocumentRoot /var/www/html/twoja.domena/
      ErrorLog /var/www/html/twoja.domena/log/error.log
      CustomLog /var/www/html/twoja.domena/log/access.log combined
      SSLCertificateFile /etc/letsencrypt/live/twoja.domena/cert.pem
      SSLCertificateKeyFile /etc/letsencrypt/live/twoja.domena/privkey.pem
      SSLCACertificateFile /etc/letsencrypt/live/twoja.domena/chain.pem
      </VirtualHost>
  6. edytujemy/dodajemy (jeśli jeszcze nie ma) do pliku /var/www/html/twoja.domena/wp-config.php
    • define (‘WPLANG’, ‘pl_PL’);
      define (‘WP_HOME’,’https://twoja.domena’);
      define (‘WP_SITEURL’,’https://twoja.domena’);
      define(‘FORCE_SSL_LOGIN’, true);
      define(‘FORCE_SSL_ADMIN’, true);
  7. Restartujemy apache
    • service apache restart
  8. Jeśli wszystko przebiegło bez problemu możesz się cieszyć swoją zabezpieczoną stroną https

 

Alert email gdy wystąpi zdarzenie w dzienniku Windows

W pracy administratora IT zdarza się, że w dzienniku zdarzeń (Event Viewer) Windows pojawią się błędy… Fajnie wtedy było by otrzymać email z taką informacją. O ile w wersjach Windows 7 i Windows Server 2008 była taka opcja wbudowana w harmonogram zadań (Task Scheduler) to w wersjach od Windows 8 i Windows Sever 2012 Microsoft uznał, że ta funkcja jest przestarzała (deprecated):olejarz.com.pl_task_scheduler_1

Można jednak sobie z tym poradzić. Przeszukując internet znalazłem stronę, na której umieszczony jest skrypt w powershell, który poinformuje nas o wystąpieniu błędu.

Do uruchomienia funkcjonalności będziesz potrzebował:

  1. serwera SMTP bez uwierzytelnienia,
  2. Ustawienia możliwości uruchomienia skryptów powershell w systemie (set-executionpolicy) przynajmniej na poziomie “Remotesigned”
  3. Umiejętności uruchamiania skryptów powershell w harmonogramie zadań (opisane m. in. w źródle)

Poniżej cały skrypt skopiowany ze strony źródłowej:

# ————————————-
# Ryadel.com – Powershell script to send an e-mail through the Event Viewer
# ————————————-
#
# To test this script you can use Powershell to write your own test error log entry in the following way:
# ————————————-
# New-EventLog –LogName Application –Source “Test”
# Write-EventLog –LogName Application –Source “Test” –EntryType Error –EventID 1 –Message “This is a test message.”
$event = get-eventlog -LogName Application -newest 1
#get-help get-eventlog will show there are a handful of other options available for selecting the log entry you want.
#example: -source “your-source”
# “Error” – send only error
if ($event.EntryType -eq “Error”)
{
    $PCName = $env:COMPUTERNAME
    $EmailBody = $event | format-list -property * | out-string
    $EmailFrom = “$PCName <noreply@source.address>”
    $EmailTo = “your@destination.address”
    $EmailSubject = “New Event Log [Application]”
    $SMTPServer = “localhost”
    Write-host “Sending Email”
    Send-MailMessage -From $EmailFrom -To $EmailTo -Subject $EmailSubject -body $EmailBody -SmtpServer $SMTPServer
}
else
{
    write-host “No error found”
    write-host “Here is the log entry that was inspected:”
    $event
}

Jak widać skrypt nie jest skomplikowany. Należy ustawić zmienne “$EmailFrom” , “$EmailTo”, “$SMTPServer”, zapisać go jako plik z ozszerzeniem *.ps1 i umieścić w folderze ze skryptami.

Następnie przechodzimy do dziennika zdarzeń (Event Viewer) klikamy na zdarzenie i po prawej stronie wybieramy “Dołącz zadanie do tego zdarzenia” (“Attach Task To This Event…”) i tworzymy zadanie z uruchamianym zadaniem w harmonogramie zadań Windows:olejarz.com.pl_event_viewer_1

Jeśli masz pytania zapraszam do komentowania lub kontaktu.

Dominikana

Wycieczka na Dominikanę czyli:

– ¿Cuál es su nombre (Jak masz na imię?) – Un Dollar (Jeden dolar)

Orientacja w terenie.

Redominikana2publika Dominikany jest położona na wyspie na morzu karaibskim. A konkretnie od północnej strony oblewa ją ocean atlantycki a od południa morze karaibskie – czyli jeszcze Ameryka Północna. Republika Dominikany zajmuje 2/3 wyspy. Pozostałą część zajmuje Republika Haiti. To właśnie do tej wyspy dotarł Krzysztof Kolumb podczas swojej pierwszej wyprawy do “nowego świata”.

Czym płynie Dominikana?

No oczywiście Dominikana płynie ogromną ilością rumu, który należy obowiązkowo przywieźć do domu. Obok taniej marki jak Tremols, który głównie nadaje się do drinków alkoholowych (Cuba Libre, Santo Libre (ze Sprite’em)) trzeba spróbować lepszych jakościowo np. Barcelo,Brugal Extra Viejo (w charakterystycznej białej siatce). Mieszkańcy piją na potęgę, dzień bez rumu jest dniem straconym. Rum pozyskują z trzciny cukrowej, której pola spotyka się na każdym kroku. Ceny rumu kształtują się następująco 700 ml Brugal można wytargować za 10$, 350 ml rumu Barcelo za 8$.

Czym stoi Dominikana?

Dieta mieszkańca Dominikany jest bardzo uboga. Głównie żywią się ryżem, fasolą, ziemniakami, rybami i drobiem. Ciężko tu znaleźć wysublimowane smaki. Widać wpływy kuchni afrykańskiej i hiszpańskiej. Klasyczne potrawy to: la bandera Dominicana, sancocho, mofongo. Na ulicznych straganach można kupić empetadas (smażone w oleju pierożki z mięsnym nadzieniem) oraz duży wybór owoców: banany, ananasy, mango, avocado, maracuje no i oczywiście kokosy. Na Dominikanie można spotkać sprzedawców ze straganami specjalnie przystosowanymi do sprzedaży kokosów. Widok jest naprawdę niecodzienny. Na wyspie jest mnóstwo palm kokosowych. Niektóre źródła podają, że to dyktator Rafael Leónidas Trujillo sprowadził je po to, żeby oprzeć na nich gospodarkę kraju. Nie zmienia to faktu, że napicie się wody z kokosa oraz zjedzenie jego białego miąższu to pozycja obowiązkowa dla każdego turysty. Polecam w gorący dzień napić się wody kokosowej z lodem – działa lepiej niż izotoniki. Dla osób imprezowych serwowana jest też wersja “with vitamina” czyli z rumem.

Co poza tym?

Turystom zachwalane są magiczne moce napoju alkoholowego nazwanego Mama Juana – wierzą, że działa przede wszystkim na płodność, ale również jest lekarstwem na wszystkie inne zmartwienia. Jest to mieszanka suszonych dominikańskich roślin zanurzona w miodzie, winie i rumie. Sposobów przyrządzenia jest dokładnie tyle, ile jest butelek. W zależności czy chce się otrzymać słabszy, mocniejszy, słodszy czy bardziej gorzki trunek, takie się daje proporcje.Lokalny sprzedawca podał nam przepis 30 % miodu, 30 % wina, 40% rumu. Mama Juana jest sprzedawana na 2 sposoby. Po pierwsze jako gotowy do wypicia trunek w zalakowanych butelkach. Albo suszone porcje ziół w torebkach, które należy włożyć do butelki i zalać miodem, rumem i winem. Obie postaci mają jedną właściwość – po wypiciu można (a w zasadzie należy) ponownie je zalać. Tak konserwowane zioła mogą być zalewane nawet przez 10 lat. Jeśli chodzi o ceny to w 2016 roku za butelkę 700 ml na targu czy mieście można utargować za 10-15$. Na lotnisku w sklepie bezcłowym butelka 350 ml kosztuje 9$, a za butelkę 100 ml trzeba zapłacić 5$. Jeśli chcesz kupić sam susz to paczuszka kosztuje 3-6$.

Drugą wartą uwagi pamiątką z Dominikany są cygara. Na wyspie jest wiele manufaktur produkujących cygara i cygaretki. Fabryki są otwarte dla turystów. Można podejrzeć pracę rzemieślnika, który dziennie jest w stanie skręcić ponad 200 sztuk. Za symboliczną opłatą można samemu spróbować skręcić i wypalić cygaro. Można odwiedzić pomieszczenie do leżakowania cygar (tzw. klimatyzatornię). Oczywiście można na miejscu kupić wyroby. Ceny zależą od wieku cygara (1-roczne 6$, 3-letnie 8$), opakowania (można kupić w folii lub na elegancki prezent w cedrowym pudełku).

Na Dominikanie panuje bardzo duża bieda. Poza hotelowymi resortami, w których turyści żyją jak w złotych klatkach, większość społeczeństwa nie zarabia więcej niż 350 $ miesięcznie.Poznając Dominikanę nieturystyczną i będąc “gringo” jesteśmy narażeni na incydenty kradzieży biżuterii i portfeli. Trzeba szczególnie uważać w miejscach zatłoczonych jak przystanki, bazary, miejsca turystyczne. Jest prawie pewnym, że przy grupie “gringo” znajdzie się kilkoro żebrzących dzieci. Przewodnik z którym byliśmy (Krzysiek) prosił nas, żeby nie dawać im pod żadnym pozorem dolarów, bo niedługo na pytanie: “Jak się nazywasz?” będą odpowiadali “Jeden dolar.”. Faktycznie tak było dzieciaki wyciągają rękę i mówią “Un dollar.”. Zamiast pieniędzy można dać im słodycze.

Bieda powoduje, że mieszkańcy zaczynają patrzeć na turystów jak na portfel wypchany dolarami lub euro. W sklepach nie ma cen na produktach ponieważ sprzedawca sam ustala cenę na podstawie wyglądu kupującego. Łatwo się domyśleć, że gdy nie mówisz po hiszpańsku i zamiast płacić dominikańskimi pesos, płacisz dolarami to możesz się spodziewać ceny 2-3 krotnie wyższej niż wartość produktu. Dlatego zawsze warto się targować ze sprzedawcami. Należy ich przekonać, że zależy Ci na towarze, ale nie za każde pieniądze. Podczas całego pobytu byliśmy tylko w 2 miejscach, gdzie nie można negocjować ceny: supermarket w Santo Domingo i sklep na lotnisku. Przed wyjazdem warto nauczyć się trochę porozumiewać po hiszpańsku. Na pewno pomocna będzie znajomość liczebników.

Wycieczki.

Wyspa jest bardzo zróżnicowana, więc można przebierać w ofertach touroperatorów. Kupując w Polsce wakacje z TUI, wycieczki fakultatywne możesz wykupić u rezydenta wycieczki, ale ceny mają bardzo wysokie. Warto pomyśleć o alternatywie. Na Dominikanie swoje biuro Rico-Travel (http://rico-travel.com ) prowadzi Michał Pyszniak. Pasjonat, podróżnik, profesjonalista. To właśnie z jego biurem byliśmy na 3 wycieczkach i nie żałujemy żadnego wydanego na nich dolara. Każda wycieczka była z polskim przewodnikiem, program był wypełniony do ostatniej minuty. Wszystko było zorganizowane na światowym poziomie. Krzysiek, z którym jeździliśmy posiadał szczegółową wiedzę na temat każdego punktu programu. Nie pozwalał się nam nudzić ani przez chwilę.

Santo Domingo.

Wycieczka zaczęła się wcześnie ponieważ z Punta Cana do Santo Domingo jest 200 km. W trakcie podróży przewodnik Krzysiek opowiadał o historii wyspy od czasów Krzysztofa Kolumba do czasów teraźniejszych. Trzeba przyznać, że wyspa ma bardzo burzliwą historię. Rdzennymi mieszkańcami Hispanioli byli Indianie Taino. Zajmowali się głównie rolnictwem – uprawami manioku, tytoniu, bawełny. Po przeprowadzeniu kolonizacji przez Hiszpanów Tainowie stali się niewolnikami. Wielokrotnie na wyspie za ich sprawą wybuchały bunty. Zawsze jednak tak samo brutalnie i krwawo tłumione. W końcu cywilizacja Tainów na Hispanioli przestała istnieć. Obecni rdzenni mieszkańcy Dominikany to potomkowie niewolników afrykańskich. Inną niechlubną historią jest okres panowania dyktatora Rafaela Trujillo. Sprawował on swoją władzę poprzez brutalną formację policyjną SIM. Doskonale tuszował konflikty i problemy wewnętrzne kraju, a prowadził otwartą politykę zagraniczną. Takimi działaniami zdobywał uznanie w oczach innych przywódców. Był bezwzględny wobec opozycjonistów. Bardzo dużym echem odbiło się zlecone przez niego morderstwo sióstr Mirabal – aktywnych opozycjonistek pochodzących z wpływowej rodziny. Dziś wizerunek sióstr Mirabal widnieje na banknocie 200 peso. Polecam poświęcić chwilę, żeby poznać całą historię wyspy i jej mieszkańców. Szczególnie epizod z USA – wyjaśni się wtedy dlaczego na Dominikanie jest ich tak mało i są nielubiani.

Wracając do wycieczki… pierwszym interesującym punktem przy którym sie zatrzymaliśmy była Latarnia (morska) Kolumba (Faro a Colón). Monumentalny budynek na planie krzyża powstał na upamiętnienie 500-tnej rocznicy odkrycia “nowego świata”. Jest to zarazem kościół i muzeum, w którym znajdują się szczątki Krzysztofa Kolumba. Tak przynajmniej twierdzą Dominikańczycy. Nie podejmują jednak dokładnych badań DNA w obawie, że to nieprawda i niezwykła atrakcja Santo Domingo straci na popularności.

dominikana_santo_domingoZ latarni morskiej udaliśmy się już do właściwej części turystycznej Santo Domingo – dzielnicy Zona Colonial. Dzielnica jest przystosowana dla turystów. Jest czysto, dużo zabytków, kafejek, na każdym kroku widać policję i ochroniarzy. Zwiedzanie zaczęliśmy od Placu Hiszpańskiego przy którym stoi Alcázar de Colón – imponujący pałac Diego Kolumba – syna Krzysztofa. Pałac zbudowany z bloków koralowca z licznymi pokojami i otaczającymi go ogrodami. Rezydencja służyła jako miejsce planowania eskapad konkwistadorów. Nieopodal pałacu znajduje się Museo de las Casas Reales (Muzeum Domow Królewskich). Pałac został zbudowany na rozkaz hiszpańskiego króla Ferdynanda II w 1511 roku. W muzeum można oglądać wystawę związaną z historią wyspy. Eksponaty przedstawiające statki, którymi przypłynął Krzysztof Kolumb na Hispaniolę, interaktywną mapę podróży Kolumba, różne rodzaje broni, którymi posługiwano się podczas podboju nowego świata (również dalekowschodnie np. samurajskie miecze). Z muzeum kierujemy się najstarszą ulicą dzielnicy – ulicą Dam (Calle las Damas). Tą ulicą stąpała Maria de Toledo wraz ze szlachciankami przywiezionymi na Hispaniolę. Po prawej stronie zatrzymajmy się na chwilę przy Panteonie Narodowym (Panteón Nacional). Budowla w stylu rokoko pełniła w przeszłości funkcję składu tytoniu, teatru, miejsca spotkań liderów walk wyzwoleńczych. Ostatecznie na rozkaz Trujillo budynek przeprojektowano na mauzoleum, w którym spoczywają bohaterowie Republiki Dominikańskiej, wybitni mężowie stanu, wodzowie, prezydenci. W środku uwagę przyciąga prezent od generała Franco – miedziany żyrandol. Podobno, gdy spojrzy się na niego pod odpowiednim kątem, można dostrzec symbole swastyk – mnie się nie udało. Idąc dalej mijamy Plac Marii z Toledo, na którym w niedziele odbywa się pchli targ. W końcu docieramy do ulicy Calle Alfau przy której znajduje się wejście do XVI-sto wiecznego zamku Fortaleza Ozama.Zamek zaprojektowano w celu ochrony dostępu do portu Santo Domingo i obrony miasta. Do 1960 roku służył jako więzienie. Obecnie jest udostępniony zwiedzającym. Po wejściu na basztę rozpościera się widok na rzekę Ozamę oraz wejście do portu. Na wprost wyjścia z terenu baszty można przejść ulicą Alfau (Calle Alfau) – jest to ulica przy której znajduje się sławna, acz niechlubna dla Polaków Archidiecezja, gdzie mieszkał abp. Józef Wesołowski. Znany z głośnej w Polsce i na świecie pedofilskiej afery w kościele katolickim. Po przejściu ulicy Alfau docieramy do Katedry Najświętszej Maryi Panny od Wcielenia. Jej budowa rozpoczęła się w 1512 r. pod okiem biskupa García Padilla, w miejscu katedry stał wyłącznie prosty kościół. Biskup Padilla postanowił zbudować katedrę na przyjazd Alejandra Geraldiniho w 1519 r. W 1541 roku katedra została wyświęcona, a w 1546 r. papież Paweł III ustanowił ją „Katedrą Metropolitalną i pierwszą katedrą wszystkich rdzennych mieszkańców“.

Saona

dominikana_saonaKażde szanujące się biuro podróży na Dominikanie ma tą wycieczkę w ofercie. Większość pocztówkowych zdjęć z Dominikany jest właśnie z tej rajskiej wyspy. Jest to punkt obowiązkowy podczas pobytu. Wyspę odkrył Krzysztof Kolumb. Podczas opływania Hispanioli miał nadciągać sztorm. Jeden ze sterników Kolumba wypatrzył przesmyk, który uchronił statek od zatopienia. Przesmyk był właśnie miedzy Hispaniolą i Saoną. W drodze na wyspę zaliczyliśmy kąpiel w naturalnych basenach na morzu Karaibskim. Niesamowite wrażenie kąpieli na środku morza w odległości kilometra od brzegu, przy karaibskich rytmach, rumie oraz z rozgwiazdami (te ostatnie zazwyczaj tylko dla osób, które wykupiły sobie sesje z profesjonalnym fotografem). Następnie transfer szybką łodzią już do plaży docelowej. Niesamowite pierwsze wrażenie – rajsko. Dobre biura podróży (jak Rico-Travel) mają wykupione fragmenty plaży z barem i drinkami – tylko do ich dyspozycji. W cenę jest też wliczony obiad (grillowana langusta, kurczak, ryż, surówki). Na wyspie jest (niestety) niewystarczająco czasu wolnego. Niewystarczająco, bo człowiek chciałby spędzić tam cały urlop. Ale wystarczająco by zrobić długi spacer, wykąpać się i porobić zdjęcia. Polecamy spacer kawałek dalej od miejsca “zrzutu” turystów. 400 metrów brzegiem i można się poczuć jak na bezludnej wyspie. Jest w tym stwierdzeniu wiele prawdy, gdyż Saona oficjalnie ma 300 mieszkańców. Bardzo czekaliśmy na tą wycieczkę i nie zawiedliśmy się. Trzeba tam jechać. Polecam również wykupić sobie fotografa, pamiątka jest warta swojej ceny.

Aventura

dominikana_aventuraJak wcześniej wspomniałem na Dominikanie panuje bieda. Można ją zobaczyć poza hotelowymi kurortami. Ta wycieczka miała pokazać jak żyją mieszkańcy, jak pracują, jak spędzają czas wolny. Już od początku wycieczka wyglądała inaczej. Zamiast klimatyzowanego autokaru jeździliśmy marszrutką, a twarze chłodził powiew wiatru. Pierwszym przystankiem była typowa wioska. Już sama nasza obecność była interesująca dla mieszkańców. Zobaczyliśmy lokalny cmentarz z charakterystycznymi grobami. Nasz wzrok przykuły groby, które były obłożone… glazurą. Jak powiedział przewodnik są to groby najbogatszych rodzin. Obok cmentarza odwiedziliśmy lokalny sklep, za 1 dolara każdy mógł kupić garść cukierków dla dzieci. Nie mamy wątpliwości, że do tego punktu wycieczek dzieci są przyzwyczajone. Doskonale wiedziały, gdzie i kiedy się pojawić, żeby dostać cukierka. Cukierki nie zawsze można było dawać do ręki, czasem jedyną opcją było rzucanie cukierków do biegnących dzieci z samochodu. Dzieci były bardzo zdeterminowane, żeby złapać cukierka. Bardzo dziwnie się czułem tak postępując, bo przecież to nie zwierzęta, ale w zamian było widać radość na twarzach jak złapali cukierka. We wsi również odwiedziliśmy supermarket oraz widzieliśmy sklep mięsny z wystawionym przed nim grillem. Dalej pojechaliśmy malowniczymi górskimi drogami do typowej rodziny. Pan domu, jego żona i niezliczona ilość dzieci (wszak na Dominikanie dzieci to najcenniejszy dar od Boga) prowadzą manufakturę i oprócz oprowadzania po swoim domu wytwarzają typowe lokalne wyroby (kakao, olej kokosowy, kawę, mama juanę, przyprawy) i je sprzedają. Przy okazji wysłuchaliśmy  wykładu o procesie wytwarzania kawy i kakao. W dalszą podróż wyruszyliśmy do Higuey. Po drodze zatrzymaliśmy się w fabryce cygar. Lokalny Juan pokazał nam proces zwijania cygara. Można było (oczywiście za 1$) samemu pod okiem mistrza skręcić cygaro. Ponieważ kręciłem cygaro bez publiczności to za tego 1$ dostałem cygaro w prezencie. W fabryce oczywiście można bylo kupić różne wyroby. Cygara świeże, wieloletnie, luksusowe, na prezenty w cedrowych pudełkach, cygaretki, smakowe, duże, male, w ilościach detalicznych i hurtowych – dla każdego coś się znalazło. W fabryce znajduje się specjalne pomieszczenie zwane klimatyzatornią, w którym leżakują cygara.

Co mi przywiozłeś?

Ja jak zawsze szukam czegoś charakterystycznego co można spożyć lub spalić. Nie inaczej było na Dominikanie. Obowiązkowo do Polski trzeba przywieźć rum Barcelo lub Burgal , Mama Juana, cygaro, olej kokosowy. Dla osób lubiących pamiątki można przywieźć laleczkę bez twarzy. Jeśli nie zdążysz kupić pamiątek w czasie pobytu, zawsze możesz to zrobić na lotnisku w Punta Cana. Znajduje się tam świetnie wyposażony sklep z lokalnymi produktami. Jest drożej, ale nie trzeba się martwić o ciężar bagażu.

Madera

maderaJak w poprzednich postach napiszę o rzeczach najważniejszych. O historii, ukształtowaniu, klimacie i pochodzeniu nazwy Madery można znaleźć mnóstwo informacji w poradnikach oraz internecie. Ja skupię się na tym co i gdzie się tam je, pije oraz co warto zobaczyć podczas pobytu na tej portugalskiej wyspie.

Bon Appetit – Smacznego

madeira_poncha_thumbBędąc na wyspie obowiązkowo do spróbowania są jej specjały. Na pewno jest to oryginalne wino Madera. W procesie produkcji poddawane jest procesowi maderyzacji stanowi wizytówkę wyspy. Ten gatunek wina można kupić już bez problemu na kontynencie. Należy jednak pamiętać, aby sprawdzić na etykiecie, gdzie zostało wyprodukowane. Na oryginalnym będzie wyraźnie zaznaczone, że wyprodukowane na Maderze – Portugalii.

Obok wina z trunków alkoholowych można postawić napój Poncha (czyt. punsza). Mieszkańcy piją ją o każdej porze dnia. Napój można kupić w każdej restaruacji, kawiarnii, knajpie i w supermarkecie. Cechą charakterystyczną jest to, że każdy przyrządza punszę na swój sposób. Ważna jest baza napoju – miód, sok z cytrusów oraz wódka trzcinowa.Madera ma również swój lokalny browar – Empresa de Cervejas da Madeira, w którym produkuje się  piwo Coral (jasne i ciemne).Z napojów niealkoholowych trzeba spróbować oranżady z marakui – Brisa Maracuja.

palasz-czarnySmaki Madery to głównie ryby, wołowina i owoce morza. Najpopularniejszą z ryb jest pałasz czarny (espada) – łowiony na głębokości 1000 metrów. Prawdziwie maderyjskie podanie pałasza można znaleźć w potrawie “espada com banana” – jest to smażony, panierowany filet pałasza podany ze smażonym bananem.

Maderyjczycy uwielbiają się spotykać całymi rodzinami i grillować. Na wyspie jest wiele miejsc, przy których można zorganizować piknik. Na takiej kolacji głównym punktem wieczoru jest grillowana na wawrzynowej gałązce, długo marynowana w czosnku i ziołach wołowina – espetada. W restauracjach podaje się ją grillowaną na metalowej szpadzie.

Obu tych potraw proponuję spróbować w sprawdzonej lokalnej restauracji w Funchal – Adega Queimada przy ulicy Rua Queimada de Baixo, 50. Jedzą tam mieszkańcy Funchal, a obsługuje bardzo miła, sympatyczna, starsza Pani, która ni w ząb po angielsku nie mówi.

 

 

Krym

Na początek warto zorientować się, gdzie w ogóle Krym leży. Wiele osób o to pyta 🙂

Zanim dotarliśmy na Krym, zwiedzaliśmy Lwów. Stamtąd udaliśmy się pociągiem do Kijowa. W obu tych miastach stołowaliśmy się w Puzatej Chacie. Bardzo dobre, tanie jedzenie lokalne i międzynarodowe. Sieciówka na Ukrainie, ale każdy lokal inaczej (bardzo fajnie) urządzony. Bezpośrednio z Kijowa nocnym pociągiem wyruszyliśmy do Symferopolu (przez niektórych z grupy ochrzczonego jako Smerfopol 😉 Pomijając fakt, że spędziliśmy tam kilka godzin w oczekiwaniu na autokar popijając piwo Obolon za 10 hrywien (około 3,5 zł), mieliśmy szansę spróbować lokalnego przysmaku: czeburieka za oszałamiająca kwotę 6 hrywien. Czeburiek jest na Krymie powszechnie znanym fast-foodem. Jest to rodzaj dużego pieroga nafaszerowanego baraniną z cebulą i smażonego w głębokim oleju. Polecam jeść tylko tam, gdzie robią go na Waszych oczach. Zdecydowanie nie powinniśmy kupować tego przysmaku od babuszek na peronach i sprzedawców na plaży. Wieczorem dotarliśmy do naszej bazy w małej mieścinie pod Eupatorią Zaozierne. Dwa pensjonaty należące do niejakiego Koli (albo jego rodziny). Jeden w kolorze błękitno-białym, a drugi – w którym mieszkaliśmy – w kolorze wściekło-różowym :). Stąd mieliśmy mieć co drugi dzień wycieczki w różne miejsca na Krymie.

Dzień 2

Drugi dzień upłynął pod znakiem zwiedzania Eupatorii. Dojazd do centrum zapewniają jeżdżące co kilka minut marszrutki – niewielkie (zazwyczaj żółte) autobusy, których kierowcy bardziej niż na drogę zwracają uwagę na to czy każdy kto wsiadł zapłacił za przejazd. Podróż marszrutką zawsze była niewiadomą. Ponieważ mieszkaliśmy na peryferiach przystanki były umowne. Trzeba było poczekać, aż bus będzie jechał i zatrzymać go na żądanie. W tym momencie kierowca ocenia kto chce wsiąść i czy opłaca mu się zatrzymywać. Tak zdarzyło się, że kierowca pokazał na zegarek, że nie ma czasu i pojechał bez zatrzymania. 🙂 Ale wracając do Eupatorii… zwiedzanie rozpoczęliśmy spacerem od dworca kolejowego na północ w stronę morza. Następnie idąc ulicą Lenina dotarliśmy na plac teatralny. Stąd udaliśmy się nadmorską promenadą do meczetu Dżuma Dżami. Zwiedzanie mieliśmy z panią przewodnik. Po instruktażu jak należy się zachowywać i czego nie wolno robić, pani przewodniczka roztaczała przed nami we wnętrzu meczetu uroki muzułmanizmu. Kolejnym punktem naszej wycieczki była starówka Eupatorii. Zupełnie różna od znanych powszechnie starówek. Jest to miejsce szeroko omijane przez chcących osiedlić się na Krymie. Wiąże się to z historią miasta, do którego na siłę byli sprowadzani ludzie, aby zasiedlić tę okolicę. Możemy zapomnieć tu o reprezentacyjnych kamieniczkach, zadbanych zabytkach. Wszędzie widać biedę, brud i wszechobecne żółte rury z gazem. Przechodziliśmy obok domu, w którym podczas swojego pobytu na Krymie zatrzymał się na 2 dni Adam Mickiewicz. Ostatnim punktem starówki były Kenesy Karaimskie (miejsce zebrań modlitewnych). Na koniec dnia dotarliśmy na bazar przy ulicy Internacionalnej. Na zakupy wrócimy tu jeszcze innego dnia. Jednak przewodnik zachęcił grupę, aby poszła do restauracji tatarskiej na tyłach bazaru spróbować lokalnego przysmaku jakim jest samsa. Rodzaj bułki z nadzieniem z baraniny, oryginalnie wypiekana w glinianych piecach. Zachęceni opowieściami poszliśmy we dwójkę szukać sławnej restauracji. Poszliśmy więc we wskazanym kierunku, przechodząc obok bazarowego dystrybutora wody, w którym się ktoś mył, obok bezwstydnej parki psów, obok odjeżdżającego ostatniego samochodu i żadnej restauracji nie znaleźliśmy. Naszą uwagę przykuł jednak nieczynny dystrybutor piwa stojący nieopodal. Na drzwiach napis “Otwarte”, więc weszliśmy. W środku 2 stoliki, 4 krzesła, 2 lodówki z piwem i lada, za którą stała młoda “styrana” życiem dziewczyna. Sprawdziliśmy “menu” – jest samsa! Poprosiliśmy o dwie, a dziewczyna odpowiedziała: “samsa to na zewnątrz” i wskazała nam przejście przez kuchnię restauracji… Gdy znaleźliśmy się na zapleczu mimo wysokiej temperatury poczuliśmy dodatkowy przypływ ciepła w momencie, gdy wszyscy “tubylcy” (w większości spoceni Ukraińcy) zbadali nas wzrokiem. Ale my twardo podeszliśmy do stoiska z samsą i zamówiłem 2 sztuki. Jakież było zdziwienie i drobne zdenerwowanie pana sprzedającego, gdy za dwie samsy (16 hrywien) chciałem zapłacić banknotem 100 hrywien (około 33 złotych). Ale zobaczył, że my nie miejscowi wydał pieniądze i w jakże obco brzmiącym języku urkaińskim coś się nas zapytał. My oczywiście zrobiliśmy miny głupków, więc postanowił użyć języka uniwersalnego i zadał nam (już kultowe) pytanie: Tam, mniam mniam?? No, ale było warto! Jedzenie po prostu boskie. Polecamy! Wieczorem czekała nas jeszcze Impreza owocowa, gdzie próbowaliśmy arbuzów, melonów i lokalnego wina. Jako amator tych owoców nie muszę mówić, że były pyszne. W trakcie pobytu na Krymie co chwila można było zobaczyć przy polach stoiska ze świeżymi owocami w cenie 2 hrywny ( koło 70 gr) za kilogram.

Dzień 3

Jedziemy na Tarchankut – najbardziej wysunięty na zachód fragment Krymu. Zatrzymaliśmy się nieopodal stacji radarowej. Roztaczały się stąd piękne widoki na tamtejsze klify. W programie dnia dzisiejszego obiecane mieliśmy plażowanie. To jednak nastąpiło po 1,5 godzinnym spacerze stepem przy palącym słońcu. Ale czego się nie robi, żeby wylądować na kamiennej plaży z przejrzystą wodą, kolorowymi rybami i… dziesiątkami pływających tam meduz. Na szczęście nie parzyły. W drodze powrotnej zaopatrzyliśmy się w dwie buteleczki lokalnego wina – piłem je potem sam, bo smakowało winogronami 🙂

Dzień 4

Upłynął pod znakiem lenistwa i piwa. Na drugie śniadanie poszliśmy do baru obok plaży. Jadłem tam najlepsze do tej pory pielmieni (malutkie uszka faszerowane delikatną baraniną i gotowane w bulionie). Wieczorem poszliśmy na Majak (ros. latarnia morska) zjeść kolejne krymskie specjały. Tym razem pod ostrzał i naszą subiektywną ocenę poszły: solianka (treściwa zupa), lagman (zupo-danie z wołowiną warzywami i makaronem), płow (ryż z mięsem i dodatkiem warzyw) no i rzecz, której było na Krymie pełno na każdym rogu – kwas chlebowy.

Dzień 5
Ruszyliśmy na wycieczkę na południe Krymu. Naszym celem była Jałta i okolice.
Na pierwszy strzał poszedł słynny pałac Potockich w Liwadii, gdzie swoja rezydencję miał ostatni car Rosji Mikołaj II Romanow. Tutaj także w 1945 roku odbyła się konferencja jałtańska z udziałem tzw. Wielkiej Trójki (Stalin, Churchill i Roosevelt). Mieliśmy okazję zobaczyć zarówno sale konferencyjne, jak i prywatne pokoje carskiej rodziny z zachowanymi rzeczami osobistymi (fortepian, zdjęcia). Pałac jest pięknie położony – na skarpie wśród bujnej roślinności, a z okien widać panoramę morza czarnego. Jadąc na zachód od pałacu dotarliśmy do miejscowości Nikita, gdzie znajduje się piękny ogród botaniczny. Pełen dla nas niespotykanych i egzotycznych roślin o różnych kształtach i rozmiarach. Szczególnie zapadło mi w pamięć drzewo nazywane bezwstydnicą, które co jakiś czas zrzuca z siebie czerwoną korę – jakby rozbiera się. Bardzo ładne są też Polana Słoneczna, przy której ludzie robią sobie zdjęcia z wielkim drzewem tuż obok tabliczki “Zakaz wchodzenia na trawę”, oraz trzy połączone ze sobą jeziorka, do których (jak w wielu miejscach na Krymie) można wrzucić monetę wypowiadając życzenie. Oczywiście trzeba ją rzucić prawą ręką przez lewy bark… Podobno woda w jeziorku z monetami jest tak zimna, że ludzie nie wchodzą żeby je wyzbierać z dna. Nie próbowałem, więc nie mogę potwierdzić. Spacer po ogrodzie zakończył się w miejscowości Ałupka przy – leżącym u podnóża góry Aj-Pietri – Pałacu Woroncowa. Fundator kazał tak zaprojektować pałac, aby od strony północno-wschodniej fasada była w stylu angielskim, natomiast od południowej w stylu indyjskim. Wejścia od strony południowej “strzegą” rzeźby czterech lwów. Ten śpiący został wykonany przez słynnego włoskiego rzeźbiarza Francesco Bonanni’ego. Spod pałacu zeszliśmy nad morze, gdzie czekał nas rejs statkiem wzdłuż wybrzeża. Teraz mogliśmy spojrzeć na odwiedzone miejsca od strony morza. Przy okazji mogliśmy z bliska przyjrzeć się symbolowi Jałty tzw. jaskółczemu gniazdu. Malutki zameczek w stylu neogotyckim zbudowany w 1914 roku przez A. Szerwuda. Mimo swojego nietypowego położenia budynek przetrwał jałtańskie trzęsienie ziemi (9 w skali Richtera) w 1927 roku. Dziś znajduje się tam kawiarnia, jednak nikt nie namówiłby mnie żeby tam się napić herbaty 🙂 Rejs zakończył się przy miejskiej plaży w Jałcie. Mieliśmy trochę czasu wolnego, więc coś zjedliśmy i poszliśmy szukać poczty. Tak, szukać, bo poczty na Ukrainie znajdują się tylko w większych miastach i zazwyczaj jest to tylko jeden urząd. Tak samo jest ze skrzynkami pocztowymi – są tylko w urzędach! Przez cały pobyt nie udało nam się znaleźć ani jednej stojącej tak po prostu na ulicy. Poczta znajdowała się przy placu Lenina. Tam też na samym środku pozostał (i pewnie pozostanie) wielki pomnik radzieckiego przywódcy.

Na koniec dnia przewodnik zaprowadziła nas jeszcze do cerwki Aleksandra Newskiego. Zbudowana wg projektu N. Krasnowa w ukończona w 1903 roku. Uważana jest ona za jedną z piękniejszych cerkwi na Krymie. Wycieczka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Na pewno na zawsze zostaną nam w pamięci widoki z Jałty. Tam czuje się jak w europejskim kurorcie. Brak jest rur gazowych, jest czysto, nie widać biedy no i jest oczywiście jest mnóstwo turystów.

Dzień 6

Kolejny dzień minął pod znakiem całodniowej wycieczki. Tym razem za cel zostały obrane wzgórze Dżemer
dżi i góra Czatyrdach
.

Demerdży (z tatarskiego “Kowal”) to masyw górski, gdzie znajduje się słynna w okolicy dolina przywidzeń. Po pierwszym krótkim, ale stromym odcinku część osób prawie się poddała. W drodze do tejże doliny widzieliśmy ważne dla Rosjan i Ukraińców miejsce. Był to kamień pod dużym drzewem, na którym kręcone były sceny do kultowych radzieckich filmów (o ile mnie pamięć nie myli to m.in. “Niewolnica miłości”). Ludzie na niego wchodzili i pozowali. Jak przyszła wycieczka to ustawiła się kolejka, żeby wejść na kamień. My przeszliśmy obok tego dość obojętnie. Dolina przywidzeń okazała się miejscem występowania dość oryginalnych skał. Każdy musi sam określić co mu się (przy)widzi patrząc na te fantazyjne formy skalne 🙂 Nie było żadnej mgły, nie krakały wrony, nie słychać było szumów, stuków, ani nie czuć było żadnych środków odurzających w powietrzu. Ja osobiście się trochę zawiodłem. Roztaczał się jednak stamtąd bardzo ładny widok na Ałusztę i Czatyrdah.

Właśnie Czatyrdah,a dokładnie jaskinia Emine-Bair-Chosar, w drodze na szczyt miała być główną atrakcją tego dnia. Przed wyprawą posililiśmy się w barze przy parkingu – tam piliśmy wyśmienitą zimną lemoniadę (polecamy! – w zielonej butelce z żółtą cytryną na etykiecie). Pierwszy etap podejścia, mimo, że stromy był dość przyjemny, bo szliśmy w cieniu drzew. Kryzys przyszedł, gdy weszliśmy wyżej, gdzie z nieba lał się żar. Przystanki były coraz częstsze i coraz dłuższe. Narzucone tempo było bardzo szybkie. Nie mogliśmy w pełni nacieszyć się widokami, ciągle tylko trzeba było patrzeć pod nogi i uważać, żeby się nie wyrżnąć. Najwyższy punkt w drodze do jaskini był położony na wysokości 1109 m.n.p.m. Sama jaskinia jest położona na wysokości 985 m.n.p.m. Panuje w niej stała temperatura 7 stopni Celsjusza. Jest o tyle ciekawa, że znaleziono w niej m. in. szczątki mamuta (sic!). Podobno miliony lat temu na Krymie był lodowiec. Mamut wpadł do jaskini przez otwór. Przed wejściem nikt nas nie poinformował, że za fotografowanie trzeba płacić, a nikomu się nie spieszyło, żeby przewodnikowi dawać w łapę. Stąd też pamiątkowe tylko jedno, kiepskie zdjęcie wlotu do jaskini. Mnie jaskinia bardzo przypadła do gustu. Chętnie spędziłbym tam pół dnia fotografując w spokoju wnętrze. Jedni w górach lubią wchodzić, a inni z schodzić. Ja zdecydowanie wybieram pierwszą opcję. Droga powrotna to jakaś masakra była. Ale szczęśliwie cała wycieczka dotarła do autokaru.

Dzień 7

Jeden z niewielu dni, kiedy mogliśmy naprawdę odpocząć na plaży. Po południu pojechaliśmy do Eupatorii zrobić zakupy i pochodzić po bazarze. Kupiliśmy kultowe orzechy i owoce w miodzie (mnóstwo stoisk z mieszankami tego specjału) – fajny, aromatyczny dodatek do potraw (z tego co zrozumiałem najlepszy do pieczonych mięs). Nie przeszliśmy obojętnie również obok stoiska z kolorowymi przyprawami. Sprzedawczyni dokładnie wyjaśniała nam, który zestaw stosuje się do danego rodzaju mięsa. Przy okazji rozmowy wyszło, że Pani zna przewodników z naszego biura podróży. Spacerując po alejkach bazaru trafiliśmy na stoisko ze słodyczami. Znaleźliśmy popularny krymski słodycz – pachławę. Bardzo słodkie ciasteczko smażone na oleju lub maśle w polewie orzechowo-miodowej. Tak, nazwa do złudzenia przypomina turecką baklawę. W smaku również podobne, chociaż osobiście wolę baklawę. Tego dnia również odwiedziliśmy restaurację tatarską i zjedliśmy samsy oraz pierwszy raz manty – gotowane na parze pierogi podane z masłem i świeżą natką pietruszki. Do tego piwo. Ledwo wyszliśmy o własnych siłach 🙂 Kupiliśmy jeszcze trochę owoców i warzyw. Weszliśmy jeszcze na szybkie zakupy do marketu (Fresz) nieopodal bazaru. Bardzo dobrze zaopatrzony i tani. Z marketu szczególnie polecamy chipsy kurkowe firmy Luks oraz oczywiście super przekąski do piwa jak: suszone kalmary, wędzony łosoś i dla amatorów naprawdę słonych smaków rybki anchois. Wieczorem mieliśmy zaplanowaną imprezę Ukraińską. A tam były takie smakołyki jak lokalna wódka, na zagrychę marynowana na kilka sposobów słonina ( m. in. w papryce i w ziołach), morskie wodorosty, przekąski do piwa (snacki i kalmary). Wszystko przy dźwiękach muzyki ukraińskiej (niestety nie na żywo :/ )

Dzień 8

Dziś mamy do w planach dwa miejsca. Pierwsze to Bakczysaraj. Temperatura biła wszelkie rekordy, a nasze organizmy żyły jeszcze wczorajszą imprezą. Na miejscu przywitał nas bardzo sympatyczny przewodnik. Chyba tylko dzięki jego mobilizacji grupa dała radę podejść do skalnego miasta Czufut-Kale. Oryginalnie położonej twierdzy z wykutymi w skałach pomieszczeniami mieszkalnymi.
Wracając przechodzi się przez kompleks klasztorny. Na straganie mnich handluje lokalnymi specyfikami: woskiem, olejkami zapachowymi, herbatą oraz pamiątkami. Można też napić się wody ze źródła, ale na własną odpowiedzialność, bo to nie nasza flora bakteryjna. Można również wejść do cerkwi. Na dole czekał na nas zamówiony wcześniej obiad. Z karty wybraliśmy manty oraz (z nowości) surmę (ryżowe gołąbki zawinięte w liście winogron). O ile manty była naprawdę dobre, to gołąbki muszę zdecydowanie odradzić. Znacznie lepsze można kupić w puszcze na zimno (dostępne w Polsce). Następnym punktem w Bakczysaraju był Pałac Chanów krymskich. Wybudowany w XVI wieku na rozkaz chana Sahiba I Gireja. Na cały kompleks składają się Meczet Chan-Dżami, pałac główny, wieża Sokoła, cmentarz chanów, harem oraz ogrody perskie. Mieliśmy okazję zobaczyć letnią altanę, harem, mały meczet chanów (coś na wzór kaplicy) oraz dziedziniec fontann ze słynną fontanną łez, która miała jakoby wyrażać ból chana Krym-Gireja po stracie ukochanej Diljary. W 1824 roku Aleksander Puszkin opisał ją w swoim dziele Fontanna Bakczysaraju. Pisał również o niej Adam Mickiewicz w sonetach krymskich. Drugim celem naszej całodniowej wycieczki był Sewastopol. Niezwykłe miasto – większość udziałów i wpływów mają w nim władze rosyjskie. Mieszkańcom to jednak nie przeszkadza, gdyż 80% ludności ma pracę dzięki stacjonującej tam rosyjskiej flocie czarnomorskiej (zresztą ta jest powodem największej ilości gwałtów na Krymie). Ciekawymi miejscami w każdej dzielnicy są skwery z tablicami najbardziej zasłużonych (żyjących) mieszkańców danej dzielnicy. Zdjęcia wiszą pod błyszczącymi sierpem i młotem 🙂 Na początek mieliśmy wycieczkę małym stateczkiem po wspomnianej flocie czarnomorskiej. Z ciekawszych należy wymienić statek-szpital, niszczyciele ,łodzie podwodne (tych niestety nie udało nam się zobaczyć) oraz najsłynniejszy statek floty “Moskwa”. Mieliśmy też okazję zobaczyć miasto od strony morza. Po wycieczce zrobiliśmy sobie krótki spacer po nadmorskim bulwarze. Jest tam niesamowicie czysto. Podobno dlatego, że po parku chodzą staruszki i laskami i jak tylko zauważą, że robisz coś niestosownego (śmiecisz, trzymasz nogi na ławce), to od razu reagują i potrafią cię uderzyć. Tego dnia nie mogło się obyć bez ciągłych przerw na zimne picie i lody. Trzeba przyznać, ze pod tym względem mieszkańcy dbają o turystów. Na każdym kroku można kupić coś na ochłodę. Na koniec dnia pojechaliśmy do ruin greckiego miasta Chersonezu – antycznego miasta na Krymie – kolonii Miletu. W 988 r.n.e. książę ruski Włodzimierz I Wielki przyjął tu chrzest. Jest to symboliczny chrzest Rusi. Na terenie miasta można zobaczyć teatr antyczny, cerkiew oraz charakterystyczny dzwon. Znajduje się tu również założone przez polskiego archeologa Karola Kościuszkę-Waluszyńskiego muzeum historyczne. Mimo, że teren ten jest uważany za rezerwat, ludzie kupują parcele i budują tam domy, które psują cały klimat starożytności. Do Sewastopolu bardzo chętnie kiedyś bym wrócił na dłużej.

Dzień 9

Atrakcją tego dnia były kąpiele błotne. Jakieś 30 minut drogi autokarem od naszego hotelu, w miejscowości Sthormove znajdowały się lecznicze jeziora. Kąpiel de facto polegała na wyłowieniu sobie dobrej jakości błota (odpowiednio muliste i śmierdzące) – można było podpatrzeć miejscowych 🙂 Następnie należało wysmarować sobie błotem stawy i poczekać do wyschnięcia. W tym czasie oprócz otaczającego nieprzyjemnego zapachu, czuło się przyjemne rozgrzewanie stawów. Ta kąpiel jest niewskazana dla osób z chorobami serca. Zdecydowanie przyjemniejsza była kąpiel w drugim jeziorze. Znajdowała się tam glinka kosmetyczna (taka, z której zabiegi robi się w salonach kosmetycznych). I po raz kolejny trzeba było się wysilić, aby znaleźć odpowiedniej jakości glinę (tzn. bez mułu i piasku). Było to dość trudne, gdyż stopień zasolenia jeziora był ogromny. W tym jeziorze na pewno nikt się nie utopi 🙂 Całość wyglądała dosyć śmiesznie, gdyż z jednej strony drogi stali ludzie umazani w czarnym błocie, a z drugiej cali wysmarowani w glinie. Miejsce zdecydowanie godne polecenia!

Dzień 10

To już ostatni dzień na Krymie. Rano wyjazd z hotelu już z bagażami. Cel na dziś to Sudak i Nowy Świat.

Sudak jest pięknie położonym miastem. Otoczony z każdej strony przez góry. Na południowo zachodnich zboczach gór rozciągają się piękne winnice, a w zachodniej części miasta leży Twierdza Genueńska. Wybudowana na przełomie XIV i XV w. gdy miejscowość stanowiła faktorię genueńską. Obecnie to w zasadzie same mury z kilkunastoma basztami. Z jednej z nich można podziwiać miasto.

Z twierdzy cała wycieczka udała się marszrutką do kurortu Nowy Świat. Przez niektórych uważane za najpiękniejsze miejsce na Krymie. Gdyby nie liczba ludzi i turystyczny klimat, trudno byłoby się z tym nie zgodzić. W Nowym Świecie udaliśmy się ścieżką (szlakiem) Golicyna, będącą częścią rezerwatu przyrody. W czasie spaceru można oglądać ciekawe formy skalne, krystaliczną wodę, jaskinię z nietoperzami oraz salę, w której Golicyn przechowywał wina i raczył nimi swoich gości. Można również zrobić sobie przerwę na kąpiel na dzikiej plaży. Nowy Świat słynie również z produkcji win i szampanów. Nie mogliśmy więc nie odwiedzić lokalnego sklepu z tymi alkoholami. Nasz wybór padł na różowego półsłodkiego szampana NowoSwietskoje. Cena tego szampana w krajach UE to koło 70 euro, my kupiliśmy za 120 hrywien (koło 40 złotych). Po tym pełnym wrażeń dniu ruszyliśmy autokarem do Symferopolu, skąd pociąg zabrał nas do Odessy i tym samym nasza wyprawa po Krymie się skończyła.

Czy się opłacało i podobało na Krymie? Oczywiście, że tak. Nie mam wątpliwości, że kiedyś tam wrócimy.